TVP 11 - pozwól że wyjaśnię
Spadkobiercy geniuszu i telepatia oszustów

WOJEWÓDZKA KOMENDA UZUPEŁNIEŃ

Wojewódzka komenda uzupełnień Warszawa Mokotów

 

Mieszkałem do 1975 r na ul Bukowińskiej. W latach 60 wybudowano tam kilka 10 piętrowych bloków. Zamieszkali je oficerowie wojska Polskiego. Miałem tam wielu znajomych i przyjaciół wśród ich dzieci. Z niektórymi z nich chodziłem do jednej klasy. Rodzice funkcjonowali w strukturach uwczesnej władzy. Był to między innymi i kontr wywiad. Niektórzy z nich wysoko. Mieszkał tam również Pułkownik Górski, który pełnił funkcję szefa wojewódzkiej komendy uzupełnień dla Warszawy Mokotowa. W wieku 19 lat przeprowadziliśmy się na Blacharską. Miałem kategorię wojskową A. Skorzystałem z wojskowego kursu kierowców ( kurs był organizowane przed rozpoczęciem zasadniczej służby wojskowej ). Do wojska jednak nie miałem ochoty pójść. Pilotował mnie pułkownik Górski, który jak wspomniałem był szefem sztabu któremu podlegałem. Gdy przychodził termin poboru, on moje ( i mojego brata ) dokumenty wrzucał na dno, a brano je po kolei. W ten sposób miałem doczekać czasu w którym już nie musiałbym iść w kamasze, czyli do 24 roku życia. W sztabie były przetasowania ( tak jak u pana ), różni ludzie podgryzali się wzajemnie. Pobór minął, przyszło lato, a pan Górski dostał urlop. Z tej okazji skorzystał sierżant Błażejczyk, który darł koty z Górskim. O 20 wieczorem przychodzi kurier w mundurze i przynosi mi wezwanie do sztabu na 8 rano. Gdy tam się zjawiłem dostałem kartę powołania do Hrubieszowa, Wojska Ochrony Pogranicza. Należy wiedzieć, że WOP należał do jednostek o 3 letnim czasie służby. Miałem zjawić się w jednostce tego samego dnia o 20 zero zero. Zadzwoniłem do mamy, ta natychmiast zaczęła działać. Za dwie godziny leżałem już w szpitalu na Goszczyńskiego. Mama pojechała do Górskiego do domu. Całe szczęście jeszcze nigdzie nie wyjechał. Mocno się wkurzył. Zjawił się w sztabie, wezwał z domu Błażejczyka i zaczęło się. Tak go sztorcował, a sierżancina mówił tylko cytuję - tak jest panie pułkowniku, tak jest panie pułkowniku …... . Karta powołania została wycofana. Pan pułkownik awansował do generalnego sztabu wojewódzkiej komendy uzupełnień ( cała Warszawa i województwo ). Pracowała tam jako jako jego sekretarka Pani Awin, która mieszkała w moim bloku na Blacharskiej. Miała dwoje dzieci. Syna o rok ode mnie młodszego i o 5 lat młodszą córkę Bożenę. Wiesiek był moim kolegą, a Bożena to już mężatka z półtora rocznym dzieckiem. Byłem wtedy sam i miałem, jak to nazywałem braki. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i uwiodłem kobietę.

 

Tu dowie się pan jak pierwszy raz usłyszałem „telepatycznie” jednego z pracowników Instytutu Psychiatrii i Neurologi ( 1984 rok ). Bajerowałem dziewczynę ( była już wtedy moją kochanką ) i nagle słyszę głos nie Bożeny, ona nic nie mówiła. Oto co usłyszałem - Irek nie, Irek nie. Obejrzałem się i nikogo oprócz nas nie było. Zignorowałem ten głos. To wyglądało tak jakby Matka Boska przestrzegała mnie przed grzechem. Po roku 2003 dowiedziałem się wreszcie kto tak do mnie mówił. Gdy poznałem już zasadę działania tego czysto fizycznego w pełni wytłumaczalnego zjawiska i byłem zsynchronizowany z pracownikami IPIN ( psychiatrzy ), jedna z pań o imieniu Katarzyna powiedziała, cytuję – teraz się już można panu do tego przyznać. Trzymało ją pół roku. Po prostu spodobałem się jej.

 

Rodzi się pytanie w jaki sposób i dlaczego mnie wyłapała, dlaczego zsynchronizowała się ze mną ?

Należy wiedzieć że w 1984 roku na udar mózgu w IPIN zmarła moja babcia. Wyłapała mnie zatem gdy odwiedzałem babcię w szpitalu. Jednak jaki był faktyczny powód zdalnego przejęcia mnie ?

Nad tym należy się zastanowić. To nie musiało być wcale uczucie kobiety do mnie. Pamiętajmy, iż ona wtedy miała około 25 lat. Zatem stare wygi mogły ją wykorzystać, nastawiając ją na podobne odczucia, a przy okazji mnie kontrolować.

 

Może faktycznym powodem były moje i mojej rodziny układy, znajomości z władnymi uwczesnej władzy, przy mocno odmiennych od tej władzy poglądach. Tym bardziej będzie można tak sądzić, gdy powiem że wszystkie moje partnerki, to nie tylko mężatki, ale miały one „łączność” z tymi którzy coś wiedzieli. Przykładowo dwie.

Bożena - jej mama to sekretarka Górskiego , szefa wojewódzkiego sztabu wojskowej komisji uzupełnień.

Należy dodać, że gdy odwiedziłem Górskiego w jego domu zwróciłem uwagę na jego córkę. Chciałem się nią zainteresować. Zanim się jednak zebrałem była już w ciąży z kimś innym.

Gosia – jej ojciec był milicjantem pilnującym rezydencji ambasady USA przy Idzikowskiego ( stamtąd dostałem szczeniaka owczarka alzackiego ). Mąż natomiast to elektronik i dozorca ( mieszkanie służbowe ) podległ jednostkom nadwiślańskim przy ul. Podchorążych.

RDAGJĄCY STRONĘ IRENEUSZ BORYCKI